Dla hurtowni i dystrybucji

Ile kosztuje ręczne wprowadzanie zamówień w hurtowni

W każdej hurtowni, w której o to pytałem, odpowiedź brzmiała podobnie: „no trochę tego jest, ale nikt tego nie liczył". I to jest właśnie problem. Przepisywanie zamówień z maili do systemu to koszt, który nie ma własnej pozycji w żadnym zestawieniu — rozpływa się w pensjach ludzi, którzy „po prostu obsługują klientów". W tym artykule pokażę, jak go policzyć na własnych danych, jakie koszty się przy tym pomija i kiedy nie warto tego automatyzować.

1. Dlaczego nikt tego nie liczy

Ręczne wprowadzanie zamówień ma cechę, która skutecznie chroni je przed optymalizacją: nigdy nie jest niczyim głównym zadaniem. Nie ma stanowiska „osoba od przepisywania zamówień". Jest handlowiec, który obsługuje klientów, i w ramach tej obsługi przepisuje. Jest asystentka, która „ogarnia biuro", i w ramach ogarniania przepisuje.

Skoro nie ma stanowiska, nie ma też pozycji w budżecie. A skoro nie ma pozycji w budżecie, nikt nie zadaje pytania, czy ta pozycja nie jest za duża. Proces bywa więc kosztowny przez lata, nie dlatego że ktoś tak zdecydował, tylko dlatego że nigdy nie został policzony.

Sprawdź to u siebie prostym pytaniem. Zapytaj osobę, która obsługuje zamówienia, ile ich wczoraj wprowadziła i ile czasu jej to zajęło. Jeśli odpowiedź brzmi „nie wiem, cały czas coś wchodziło" — masz potwierdzenie, że proces nigdy nie był mierzony.

2. Z czego naprawdę składa się te „kilka minut"

Gdy pytam o czas, słyszę zwykle „to jest kwestia dwóch minut". Dwie minuty to czas wklepania pozycji, o ile wiadomo, co wklepać. Pełny proces wygląda inaczej:

KrokCo się w nim dzieje
OdczytanieZnalezienie zamówienia w skrzynce, otwarcie załącznika, zrozumienie, co klient napisał.
Rozszyfrowanie„Białe 20", „to co zwykle", „ten mniejszy karton" — ustalenie, który to indeks.
WyszukanieOdnalezienie pozycji w kartotece, często po fragmencie nazwy, czasem po omacku.
SprawdzenieCena dla tego klienta, dostępność, minimum logistyczne, warunki płatności.
WpisanieTe słynne dwie minuty.
WyjaśnienieTelefon albo mail do klienta, gdy czegoś nie da się rozstrzygnąć samodzielnie.
KontrolaPonowne przejrzenie, czy ilości i indeksy się zgadzają.

Kroki drugi, szósty i siódmy są tymi, które rozjeżdżają statystykę. Zamówienie od stałego klienta, który pisze indeksami, faktycznie zajmuje dwie minuty. Zamówienie od klienta, który pisze „poproszę to co ostatnio, tylko tych białych więcej", potrafi zająć dwadzieścia — i to właśnie ono generuje większość kosztu.

3. Policz to u siebie

Nie podam Ci tutaj średniej branżowej i zrobię to celowo. Widziałem zagraniczne przeglądy z konkretnymi liczbami, ale przenoszenie ich na polską hurtownię z własną kartoteką i własnymi klientami byłoby zgadywaniem w przebraniu danych. Jedyna liczba, która ma dla Ciebie znaczenie, to Twoja własna.

Żeby ją mieć, potrzebujesz trzech rzeczy:

  • Liczby zamówień miesięcznie — tych, które przychodzą mailem, w arkuszu albo w PDF. Portal i telefon to osobna kategoria.
  • Czasu na jedno zamówienie — zmierzonego, nie oszacowanego. Wystarczy tydzień notowania przy kilkunastu zamówieniach dziennie.
  • Pełnego kosztu godziny pracy — nie kwoty z umowy, tylko kosztu pracodawcy podzielonego przez godziny robocze.
Kalkulator robi tę arytmetykę za Ciebie. Trzy suwaki, wynik od razu, bez podawania adresu e-mail. Pokazuje godziny miesięcznie, część etatu i koszt roczny.

Policz koszt ręcznych zamówień →

Jeśli nie masz zmierzonego czasu, zacznij od wartości domyślnej i potraktuj wynik jako rząd wielkości, a nie budżet. Różnica między dwunastoma a dwudziestoma minutami na zamówienie to przy większym wolumenie różnica rzędu etatu — dlatego warto ten tydzień pomiaru poświęcić.

4. Trzy koszty, o których się zapomina

Godziny to część rachunku, która najłatwiej się liczy. Zwykle nie jest największa.

Koszt błędu

Pomyłka w indeksie albo w ilości nie kończy się na poprawieniu dokumentu. Kończy się wydaniem złego towaru, transportem w dwie strony, korektą faktury, rozmową z niezadowolonym klientem i czyimś popołudniem spędzonym na prostowaniu sprawy. Jedno takie zdarzenie potrafi kosztować więcej niż kilkadziesiąt poprawnie wprowadzonych zamówień.

Koszt przerwania

Zamówienia nie przychodzą w wyznaczonym oknie. Wpadają przez cały dzień i rozbijają pracę, która wymaga skupienia. Powrót do przerwanego zadania kosztuje czas, którego nikt nie zapisuje w żadnej ewidencji, a który realnie zjada dzień.

Koszt alternatywny

To jest ten, który boli najbardziej przy spokojnym rachunku. Godzina handlowca spędzona na przepisywaniu pozycji to godzina niespędzona na rozmowie z klientem, który mógłby zamówić więcej. W firmie, w której handlowcy są wąskim gardłem sprzedaży, ta pozycja bywa większa niż całe wynagrodzenie osoby wprowadzającej zamówienia.

5. Kiedy automatyzacja się NIE opłaca

Piszę to jako ktoś, kto takie wdrożenia robi, więc potraktuj to jako zdanie napisane wbrew własnemu interesowi: przy niskim wolumenie nie warto tego automatyzować.

Są co najmniej cztery sytuacje, w których odradzam:

  • Mało zamówień. Jeśli policzona oszczędność nie przekracza wyraźnie kosztu rozwiązania, zostaw to w spokoju. Liczy się iloczyn wolumenu, czasu i stawki — nie sam wolumen.
  • Zamówienia są już uporządkowane. Czytelny PDF o stałym układzie, z Twoimi indeksami, od klientów, którzy nie improwizują? Zacznij od modułu, który być może masz już w swoim systemie.
  • Problem jest gdzie indziej. Czasem wąskim gardłem nie jest wprowadzanie zamówień, tylko kompletacja albo dostępność towaru. Automatyzacja szybszego wprowadzania zamówień, które i tak czekają na magazyn, niczego nie zmieni.
  • Kartoteka jest w nieładzie. Jeśli ten sam towar występuje pod trzema indeksami, najpierw uporządkuj dane. Żadne narzędzie nie dopasuje poprawnie pozycji do kartoteki, w której człowiek też się gubi.

W pierwszych trzech przypadkach tańsze i szybsze bywa coś zupełnie prostego: ujednolicony szablon zamówienia wysłany klientom albo lista nazw, których używają, dopisana do kartoteki.

6. Jak zmierzyć efekt

Największy problem z automatyzacją nie polega na tym, że nie działa. Polega na tym, że po wdrożeniu nikt nie potrafi powiedzieć, czy zadziałała — bo nie ma z czym porównać.

Dlatego linię bazową trzeba mieć przed. Minimum, które warto notować:

  • Czas od wpłynięcia maila do gotowego dokumentu — mierzony na próbce, nie na wszystkim.
  • Odsetek zamówień, które przeszły bez poprawki — czyli ile z nich nie wymagało telefonu ani korekty.
  • Liczba korekt wystawionych po fakcie — to najtwardszy wskaźnik jakości procesu.

Te trzy liczby wystarczą. Zbierane przez dwa tygodnie przed zmianą i przez dwa po niej dają odpowiedź, której nie da żadna prezentacja dostawcy.

Dlaczego o tym piszę. Prowadzę doktorat metodą badania w działaniu, w którym każde wdrożenie jest opisanym przypadkiem. Pomiar przed i po nie jest dla mnie uprzejmością wobec klienta — bez niego cały materiał jest bezwartościowy. Praktyczny skutek jest taki, że linię bazową ustalam na początku, a nie na końcu.

7. Podsumowanie

Koszt ręcznego wprowadzania zamówień jest niewidoczny, bo nie ma własnej pozycji w budżecie ani własnego stanowiska. Żeby go zobaczyć, potrzebujesz trzech liczb: ile zamówień, ile minut na jedno i ile kosztuje godzina pracy. Do tego doliczyć trzeba koszt błędów, przerwań i tego, czego handlowiec nie zrobił, bo przepisywał.

A potem, zanim cokolwiek wdrożysz, sprawdź, czy wynik w ogóle uzasadnia zmianę. Czasem nie uzasadnia — i to też jest wynik wart tygodnia pomiaru.

Policz swoją liczbę, potem porozmawiajmy

Kalkulator da Ci rząd wielkości w trzydzieści sekund. Jeśli wyjdzie z niego coś, co Cię zaniepokoi, pierwsza rozmowa jest bezpłatna i służy temu, żebym zobaczył Wasze prawdziwe zamówienia. Jeśli oszczędność nie przekroczy wyraźnie kosztu rozwiązania, dowiesz się tego na tej rozmowie.

Policz koszt ręcznych zamówień Zgłoś firmę do pilotażu

Zobacz też